Poranki na wsi są miękkie, lekko różowawe i senne gdy wstaje słońce, ostro oświetlone i rześkie w kilka godzin później. Budzę się, jak chcę, i siedzę w piżamie, odwlekając w nieskończoność moment konsumpcji śniadania. Jedzenie stało się nagle obowiązkiem, rzadko kiedy asocjowanym z przyjemnością. Ot, magia diety i wyrzutów sumienia.
Barłożę sobie, chorując – ale tylko w sensie intelektualnym. Staram się szukać nowych metod terapii zajęciowej, i ostatecznie zajmuję się gotowaniem, w duchu bardzo ostatnio modnej „sezonowości”. (Swoją drogą, dziennikarze wszelkiej maści, którzy odkryli, że jedzenie poszczególnych produktów w okresie, gdy dojrzewają i są dostępne w największej obfitości jest dobre dla zdrowia, wywołują u mnie nerwowy chichot). Marynowana dynia. Tarty z jabłkami i grzybami. Owoce kaki z serkiem homogenizowanym. I soki wielowarzywne jako alternatywa lunchu.
Czyta się Rushdiego, słucha się SuperHeavy, farbuje się włosy na ognistą czerwień i dużo się milczy. Rok się kończy.
4 comments:
A ze zdrowiem już lepiej? Zazdroszczę tego jedzenia, dziś do wieczora żyłam na paczce czipsów i dwóch czekoladkach, a za tartę z grzybami dałabym się pokroić. : /
Aha, no przecież napisałaś, że chorujesz. W takim razie zdrowia życzę. : )
Brzmi w sumie (oprócz choroby) nie najgorzej, a nawet fragmentami całkiem dobrze.
Jak Novik?
Dalsze części są gorsze...
Chyba też trochę zazdroszczę, zwłaszcza tych tart. No niby mogę sobie taką zrobić sama, teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, jasne, ale bądźmy szczerzy: jesienny Niechcemiś rządzi niepodzielnie.
Milczenie i ognista czerwień też brzmią nieźle. Tylko tej choroby nie zazdroszczę - więc zdrowiej, bo ciągle mamy zaległości;)
Post a Comment