Jak zwykle, tytuł jest projekcją tego, co aktualnie gra mi pod czaszką, i nie ma nic wspólnego z treścią notki. O.
La Tumba... nie dorównała, niestety, Union Jackowi. Na mój gust za dużo było w niej elementów nadprzyrodzonych, a Billy i jego kompania zbyt często wydostawali się z tarapatów tylko i wyłącznie dzięki szczęściu, i pomocy kilku nie bardzo żywych piratów. Napełniło mnie to niejakim smutkiem, albowiem potencjał był, i się zmył. Wzdech.
Kończę właśnie wybitnie stresujący tydzień w pracy, i szykuję się na weekend z hiszpańskim (kiedyś w końcu trzeba zacząć się uczyć), książkami i aspiryną, albowiem, jak na wzorowego pracownika przystało, zaczynam się przeziębiać w piątek, a nie, na przykład, we wtorek. Nic to: ważne, żeby zdusić świństwo w zarodku, i być w formie w przyszły weekend. Zamierzam bowiem dobrze się bawić, pomimo że Ala i Vramin jednak nie przyjadą, który to fakt napawa mnie smutkiem głębokiem. Do moich planów należy, między innymi, przebranie się w coś pasującego do tegorocznego klimatu konwentu - jak dotąd wymyśliłam gorset na białej koszuli, czarne, koronkowe rękawiczki, sporo stylizowanej biżuterii i borsalino. Hell yeah!
A wczoraj był smutny dzień. Urodziny Dziadka, tego jedynego i prawdziwego. Powoli mija trzeci rok, odkąd Go nie ma. Nadal tęsknię.
Miłego weekendu, moi mili.
2 comments:
Ech, ja weekend pewnie spędzę doszlifowując umowę. Pod kocem i z aspiryną, bo przeziębienie trzaska ostatnio wszystkich po równo i co odpędziłam przed urlopem, postanowiło wrócić teraz.
Ale Ty nie kwękaj, że nie przyjadą, Ty się też kuruj, dobrze baw na konwencie a my postaramy się jeszcze przed końcem roku Cię nawiedzić. Kto wie, może to się uda.
P.S. Coś ostatnio pisałaś, że teatr działa na Ciebie kojąco... A może byś tak się do Trójmiasta wybrała..? ;) Zapraszamy gorąco.
Mmm, interesujacy kostium. : D
Post a Comment