Wednesday, 23 November 2011

Here I Am

Taaak. Faza na Bryana Adamsa to nie jest to, co mi się zazwyczaj przytrafia we wtorkowe przedpołudnia. No cóż.

Chciałam poinformować, że nadal żyję - i że już tęsknię za Dublinem, który widzi mi się miastem przytulnym, absolutnie nie metropolitarnym, i pełnym uprzejmych ludzi uznających mnie za "swoją". I to zanim dociera do nich, że noszę triskel. Ha!

Co robiłam? Zwiedziłam cmentarz (oczywiście), wzięłam udział w czytaniu Ulissesa (paradoksalnie, eksperymenty językowe Joyce'a są bardziej strawne w języku dla mnie obcym) w Sweeney's i w Baking Party połączonym z walką na gatunki muzyczne u Dagi, połaziłam z N. po wzgórzach i lasach, nauczyłam się pić Guinnessa z syropem z czarnej porzeczki...

No i - byłam na koncercie-łamane-przez-projekcji-filmowej.

Czyli: dostałam na twarz The Fellowship of the Ring z muzyką na żywo. I wciąż jeszcze nie mogę dojść do siebie. To było coś... INNEGO. Publiczność - jako organizm zbiorowy - też to chyba odczuła, i reagowała w sposób asocjowany zazwyczaj z teatrem, a nie z kinem czy filharmonią (choć popcorn i lody sprzedawane podczas przerwy wywołały u mnie niejaki dysonans poznawczy). I to też było piękne...

I ludzie, z którymi tam byłam. Ci znani, i ci dopiero poznawani.

Mam syndrom odstawienia, i chcę być tam, bo jest mi tu dziwnie. Zimno, wietrznie, zimowo; Słońce o poranku świeci mi wyzywająco w twarz i gwiżdże sobie na moją potrzebę ciepła, harmonii i spokoju.

Na nadmiar harmonii ostatnio nie narzekam. Zaczyna się swobodne spadanie, i nawet nie chodzi o to, że CHCĘ spadać, bo nie chcę, nie zależy mi. To się dzieje niejako obok mnie, bez świadomego udziału mojego mózgu, podżebrowej pompy ssąco-tłoczącej czy czego tam jeszcze. Ale to jeszcze nie jest okoliczność łagodząca. Może nawet wręcz przeciwnie.

Ech, zagmatwane to wszystko. A to nie jest przecież pora na zagmatwanie, tylko na ciepłe napoje, i dobre książki (Lewandowski się rozszedł pod koniec, a szkoda, bo potencjał był), i muzykę sączącą się gdzieś w tle.

Żeby tak przynajmniej mieć dość pieniędzy na wycieczkę do Trójmiasta - a tu nic, el doopa po prostu.

Dobrej środy, Mili Moi - połowa tygodnia za nami! ;)

5 comments:

Mari said...

Na wszystkie pozytywy- like :)
Dublin- like.
Ksiazeczka z muzyczka w tle- like.
Lazenie z N.po lasach i wzgorzach- like.
Guiness z czarna porzeczka- bardzo like *_*
Trojmiasto- like jak cholera :D

Ala said...

Ale wiesz co? W tym wszystkim TY BYŁAŚ W DUBLINIE. Troszkę Ci tego zazdroszczę, a bardzo się cieszę, że tak dobrze się udało.
A do TriCity jak zawsze zapraszam (zapraszamy)... problemy z ecie pecie, mamoną, kokosami czy jak tam jeszcze to zwie słownik synonimów, niestety rozumiem aż za dobrze.
Jesień jest podła.

Klonowa Wróżka said...

Jesień zła jest, to fakt :/

Mari, kocie, a Ty się przyteleportujesz do Tricity na sylwestra? Bo ja jeszcze planów nie mam, hint, hint, a może dałoby się to wszystko jakoś pięknie połączyć... ;)

Esther said...

Meine Bruder leci wkrótce do Dublina i narzeka, że pewnie nie będzie czasu zwiedzać. Zazdroszczę wyjazdu. I koncertu. I piwa. ; P

Mari said...

Obawiam się z ciężkim sercem, że na Sylwka jestem uwiązana w dolnośląskiem, jako że nie mam już ani pół dnia wolnego, a w grudniu biorę aż 4 bezpłatne na okoliczności różne (N-con plus święta) XD Lecz- możnaby coś wykminić we Wrocławiu...:P