Byłam-ci ja na Bałkanach, mili moi.
Bałkany są, w rzeczy samej, piękne. I tanie. I winnonośne. I morze tam występuje, Czarne w dodatku, z falami i algami i meduzami, i prawdziwymi plażami, a nie jakimś cholernym żwirem. I mówią/piszą tam po rosyjsku, który to język mam, okazuje się, zakodowany na poziomie molekularnym: uruchomił się automatycznie. (Z ciekawostek lingwistycznych: w Macedonii używa się cyrylicy, plus normalnego "J". Nie wiedziawszy. Ha.) A w Bratysławie nocowaliśmy w tym samym hotelu co banda wesołych Szkotów, którzy zaszokowali stateczną panią w recepcji swoim przywiązaniem do tradycji: stąd ostrzeżenie o bieliźnie osobistej. Wężykiem, wężykiem...
Zaliczyłam tylko jeden epizod ostrej depresji, na plaży w Słonecznym Brzegu, żeby było weselej. Od powrotu jest gorzej, doszły rozczarowania natury osobistej, zaginięcie mojego kota (mojego - w opozycji do znajdy przygarniętej przez matkę) i babcia na kardiologicznym OIOM-ie. (Wiesz, że oglądasz za dużo Ostrego dyżuru, gdy jedynym skrótem przychodzącym ci na myśl jest C-ICU...) W sobotę przyjemniej: poszłyśmy z Sepulką na sushi i napotkałyśmy czajnikowego Daleka zaczajonego na stoliku. Nie dałyśmy się zniszczyć, choć było blisko (dużo sushi za pół ceny = dwie bardzo najedzone whovianki). Wczoraj pakowanie, niewesołe rozważania, cztery tysiące słów machnięte tylko po to, żeby nie zacząć wyć lub rzucać się po pokoju.
A dziś znowu wyjeżdżam. Rozbita, potłuczona, zziębnięta wewnętrznie i zewnętrznie - na dwa tygodnie.
Po powrocie pokażę Wam trochę zdjęć. Analogowych, bo tak.
Tymczasem - dobrej jesieni, Mili Moi.
Bałkany są, w rzeczy samej, piękne. I tanie. I winnonośne. I morze tam występuje, Czarne w dodatku, z falami i algami i meduzami, i prawdziwymi plażami, a nie jakimś cholernym żwirem. I mówią/piszą tam po rosyjsku, który to język mam, okazuje się, zakodowany na poziomie molekularnym: uruchomił się automatycznie. (Z ciekawostek lingwistycznych: w Macedonii używa się cyrylicy, plus normalnego "J". Nie wiedziawszy. Ha.) A w Bratysławie nocowaliśmy w tym samym hotelu co banda wesołych Szkotów, którzy zaszokowali stateczną panią w recepcji swoim przywiązaniem do tradycji: stąd ostrzeżenie o bieliźnie osobistej. Wężykiem, wężykiem...
Zaliczyłam tylko jeden epizod ostrej depresji, na plaży w Słonecznym Brzegu, żeby było weselej. Od powrotu jest gorzej, doszły rozczarowania natury osobistej, zaginięcie mojego kota (mojego - w opozycji do znajdy przygarniętej przez matkę) i babcia na kardiologicznym OIOM-ie. (Wiesz, że oglądasz za dużo Ostrego dyżuru, gdy jedynym skrótem przychodzącym ci na myśl jest C-ICU...) W sobotę przyjemniej: poszłyśmy z Sepulką na sushi i napotkałyśmy czajnikowego Daleka zaczajonego na stoliku. Nie dałyśmy się zniszczyć, choć było blisko (dużo sushi za pół ceny = dwie bardzo najedzone whovianki). Wczoraj pakowanie, niewesołe rozważania, cztery tysiące słów machnięte tylko po to, żeby nie zacząć wyć lub rzucać się po pokoju.
A dziś znowu wyjeżdżam. Rozbita, potłuczona, zziębnięta wewnętrznie i zewnętrznie - na dwa tygodnie.
Po powrocie pokażę Wam trochę zdjęć. Analogowych, bo tak.
Tymczasem - dobrej jesieni, Mili Moi.
3 comments:
Wzajemnie.
Ściskam Cię mocno kochana. Nie daj się.
Trzymaj się. Będzie lepiej.
Post a Comment