Przygotowuję się do zlecenia.
Czytam. Oglądam. Myślę.
Mam problemy ze snem, zapewne z powodu szaleństwa pod tytułem "Kompletna demolka łazienki, która może mnie nie zabije".
Wczoraj poszłam do miasta na wino chilijskie, zrobiona na Carrie Bradshaw. AJ twierdzi, że jestem - jednak! jednak! - bardziej Mirandą, i prosi, żebym się nie kłóciła z A., jak już będziemy razem. Bo jej się śniło, że byliśmy.
A jak zaczniecie się kłócić, grupa się rozpadnie...
Piękna abstrakcja.
Czytelniczo, w trakcie: Filary Ziemi Folletta, At Work Annie Leibovitz (wielbię bałwochwalczo); ostatnio - biografia Tomasza Beksińskiego, absolutnie niestrawna językowo.
Filmowo: White Nights, o którym nie mam sił pisać, bo powaliło mnie na kolana i nie pozwala wstać. Misza jest Miszą, a Helen... Helen pojawia się na ekranie, i wszystko inne traci na ważności. Wielka siła osobowości. I ciało, które wygrało tytuł Body of the Year. Czy mam komuś przypomnieć, że tej kobiecie bliżej już do siedemdziesiątki, niż do sześćdziesiątki?...
A w ramach wciągania P.T. Czytelników w moje obsesje: zdjęcie, które mam obecnie na tapecie, czyli Annie L. kontra Seks w wielkim mieście.

2 comments:
Ale suknia cudowna.
Tyle dziś powiem, na więcej nie mam siły. ;)
Ale "zrobić się na Carrie' może oznaczać praktycznie wszystko, biorąc pod uwagę jej różnorodność sposobów ubierania się. ; )
Post a Comment