Mój przystanek w mieście T. wypada między rzędem domków jednorodzinnych a łączką, na której dzieci grają w piłkę, a psy... cóż.
Wyskoczyłam dziś radośnie z autobusu, tylnymi drzwiami. Dobrze po zmroku było.
-AA! aaaA!
Kierowca profilaktycznie wcisnął hamulec.
Kontynuowałam na tę samą nutę:
-...All the things I could do... IF I! Had a little money...!
Materiał do zapamiętania: nie śpiewać w sytuacjach potencjalnie wypadkowych.
Nie to, że śpiewać nie umiem, miejcie to na względzie.
Ludzie nie są spontaniczni w dzisiejszych trudnych czasach.
A moja współlokatorka E. leżała dzisiaj na dywanie, kwicząc ze śmiechu, podczas gdy ja usiłowałam ją udusić apaszką. Powody? Tak zwane dialogi wieczorową porą.
-Ale mnie gardło boli... Jutro będę nieżywa. Nie trzeba było śpiewać na dworze.
-O, jak fajnie! Lena przestanie mówić!
-... mogę iść pierwsza pod prysznic?
-Nie, ty możesz iść pierwsza. Pozwalam ci, znaj moje dobre serce!
-...czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
-A po co?
I jeszcze twierdzi, że jestem spokojna i "nie rzucająca się w oczy".
Jak tu nie chwycić za pierwszą lepszą imitację sznura?
Ale ja wcale agresywna nie jestem. Ani trochę.
No comments:
Post a Comment