Internet zawiódł na 45 godzin, a ja siedziałam, drgawkami wstrząsana, jak ostatni ćpun. Argh. Kto by pomyślał...
Wybrałam się nad rozlewisko, na 'plener'. Cudnie jest rankiem, z tym szronem, słońcem, i parującym oddechem. Cudnie.
W tak zwanym międzyczasie byłam również w mieście... cokolwiek zaniedbanym, gdzie usiłowałam zrobić spod łokcia zdjęcie dżentelmena "wzmacniającego" piwo Śląskie własną wkładką (nie wyszło, wielka szkoda), obfotografowałam panią antropolog (i vice versa), zapałałam chęcią wyjazdu na Gliniadę, oraz próbowałam udowodnić, że nie przejdę przez ulicę na czerwonym świetle, bo 'czerwony to nie mój kolor'. Kto widział, w jakie kolory ubieram się tej zimy (niewiele spośród nich wybiega poza czerwienie/ciemne róże), ten zrozumie, czemu zostałam serdecznie wyśmiana.
Dobrze tak. Dużo zdrowej, babskiej energii.
A teraz wracam do szykowania obiadu, odganiania kota od wołowiny i pilnowania kominka. Ktokolwiek wymyślił opalanie domu MOKRYM drzewem brzozowym, zasługuje na śmierć w męczarniach.
Do zobaczenia w przyszłym roku, Kochani Państwo.
No comments:
Post a Comment