Sunday, 20 September 2009

Nie wiem, jakim cudem dotarłam w piątek do domu. W grę wchodzi jedynie siła woli.

Sypiam po 12 godzin, kiedy już uda mi się zasnąć. Albowiem, niestety - o ile sulfonamidy świetnie radzą sobie z anginą, o tyle z moją trzustką są permanentnie w stanie wojny.

Zabiję mojego szefa za ciąganie mnie w środę po spotkaniach służbowych (na których obecni byli także inni tłumacze), z gorączką rzędu 38,3. "To może weź dwa dni zwolnienia?" - zreflektował się po południu tego dnia. W końcu jutro muszę jechać do Pragi. Taak.

Wizje deliryczne towarzyszące anginie przeniosły się do świata realnego (choć skłonna jestem przypuszczać, że akurat wizyta Joanny M. do wizji nie należała...). Wczoraj pootwierałam maile z całego tygodnia (do tej pory stosowałam wybiórczą selekcję typu: od R. Singer - czytamy; reszta - potem). Spróbowałam przeanalizować treści z blogów i komentarzy, które podczytywałam, nieuważnie, w nielicznych chwilach niezawalenia pracą i niecierpienia z powodu przegrzewania się mózgu.

Doszłam wskutek tego do wniosku, że znowu coś mnie w życiu ominęło. Że pewne decyzje zostały podjęte za mnie, tak teraz, jak i zawsze, i broń Boże na wieki wieków, o nie.

I że nie zamierzam przepraszać za to, kim/czym jestem, i co w danym momencie robię. Ani za to, że nie mam siły pisać, rozmawiać, kontaktować się ze światem zewnętrznym, kiedy cierpię. I że tym cierpieniem nie lubię się dzielić z innymi.

Wczoraj posiedziałam na kanapie z Ulissesem i kotem na kolanach. Wzięłam głęboki oddech. Włączyłam komputer. Napisałam kawałek, który wreszcie mnie usatysfakcjonował jako początek Książki. I wzięłam sobie do serca radę Johnny'ego.





Drink up, me hearties, yo ho...

2 comments:

Siobhan said...

To ten. To angine masz, mowisz?

Bo ja mam cos, ale nie wiem, co. Opcje chwilowo obejmuja grype jelitowa albo innego wirusa. Od wczoraj jestem na suchym chlebie, bo inne opcje moj organizm ze wzgarda odrzuca.

Siobhan said...

Wracaj i ogladaj House! ;)