Friday, 1 January 2010

Ziew.

Nie udało mi się przespać północy, choć bardzo się starałam. W dodatku nie wygrałam trzynastu milionów. Wiedziałam, że rok ubiegły nie zaliczał się do szczęśliwych, ale żeby aż tak?!... Cha, cha, cha.

Poranek rozpoczął się programem Cejrowskiego, po którym nastąpił koncert filharmoników wiedeńskich, częściowo na Kulturze, częściowo w Dwójce (z przerwą na wizytę w kościele, he, he). Najbardziej urzekł nas w tym roku dyrygent, nobliwy osiemdziesięciopięciolatek nazwiskiem Georges Pretre. Fenomenalnie "plastyczny" mimicznie, dziarski i rześki, prowadził orkiestrę (i publiczność, przy Marszu Radetzky'ego) jak po sznurku. Tylko podziwiać.

Porą popołudniową wybrałyśmy się z mamą na przebieżkę z kijkami do nordic walking. Pięknie było: z jednej strony nasyp CeeMKi, z drugiej - wiejskie chałupy, zanurzone w śniegu, otoczone rosochatymi, mazowszańskimi wierzbami. W pewnym momencie usłyszałyśmy w wierzbach odgłos zapuszczanego silnika spalinowego (względnie rżenie mocno zachrypniętego konia), po czym z krzaków po lewej stronie drogi wystartował... bażant. O, proszę. W drodze powrotnej przebiegły nam drogę dwie sarny. Wszystko to w odległości pięciu kilometrów do czterdziestotysięcznego miasta. Jak ładnie.

A teraz, powróciwszy, dodałam do listy czytelniczej blogi Ali i Joanki (które, mam nadzieję, nie obrażą się na mnie za bardzo), i zamierzam oddać się lekturze ebooków Tolkiena. Albo coś napiszę. (Czeka mnie teraz scena spotkania bohaterki z przerażającą ciotką - przydałoby się przebrnąć przez nią, póki mam tak zwaną wenę). Coś się wykombinuje :)

Jeszcze raz wszystkiego dobrego, moi mili.

3 comments:

Joanka said...

Słyszałam, że pan Pretre przeszedł udar mózgu. Tym bardziej zachwycający był dzisiaj. :)

Klonowa Wróżka said...

O, mamo, w takim razie tym bardziej czapki z głów...

Ala said...

Koncertu wysłuchałam via okno, więc dyrygenta nie widziałam. Ale za to jak genialnie brzmiał rozlewając się po zmrożonym, ośnieżonym ogrodzie. Mniam, mniam.