Monday, 8 August 2011

"Pis of szit! nie tendy, nie tendy!"

Czyli: w sobotę pojechaliśmy do Chamska w towarzystwie Czesia-Nawigatora. I z muzyką Pidżamy Porno w uszach. Powiadam Wam - ubaw był po pachy.

Ślub i wesele też bardzo w porządku, jeśli nie liczyć moich obolałych dłoni (ciekawostka: zaczęło się, owszem, od bólu nadgarstków, a później zeszło w palce, i tam zostało) i skrzypiącego kręgosłupa. Nie złamałam wymogów diety aż tak okropecznie. Może trochę za mało (dużo za mało) tańczyłam, ale co robić - w pracy byłam, prawda?
I chyba nawet mi wyszło to zlecenie. Zobaczymy, jak skończę obróbkę.
Wróciliśmy (już inni "my") w atmosferze narzekania, pouczania i ogólnego niezadowoleństwa z życia. Dotarłam do domu około wpół do czwartej, i padłam. Wczoraj starczyło mi siły jedynie na przejrzenie pierwszych stu (z tysiąca czterystu) zdjęć, przeczytanie kilku stron jednej z książek, które próbuję skończyć, i upieczenie ryby na dietetyczny obiad. W przerwach między tymi czynnościami dryfowałam w półśnie - i jeszcze bym pospała, ale nie bardzo mogę.

Za to od soboty będę intensywnie - choć krótko - wypoczywać, i wdychać jod. Jej!

PS. Zamówiłam panel prysznicowy i glazurę - największe szarpnięcie za kieszeń. Teraz będzie już tylko lepiej.

No comments: